Strona:Klemens Junosza - Wyrwane kartki.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się bardziej w interesa i przeróżne kombinacye, to zobaczysz, że nad wszystkiem jest jarmułka. Może być aksamitna, może być jedwabna, może nawet wcale nie być, ale jest. Jak pan dobrodziej myśli, ile milionów naprzykład przykrywa jarmułka z Frankfurtu nad Menem?
— Dajmy pokój Frankfurtowi, pomówmy lepiej o naszych interesach.
— O czem pan chce mówić?
— O wszystkiem.
— Pan dobrodziej chcesz być wielkim liwerantem! No, teraz łatwo zbankrutować. Bierz pan mądrość ratami, to dużo zdrowiej na głowę. Zresztą, jak pan chcesz. Co pan robisz w naszych stronach?
— Przyjechałem do starych znajomych.
— Po co pan przyjechałeś?
— Odwiedzić, zobaczyć...
— Co panu z tego przyjdzie?
— To moja rzecz.
— Jeżeli pan chcesz tę rzecz u mnie zastawić, to niewiele dam panu na nią.
— Nie mam takiej intencyi.
— No, no, skoro pan nie masz takiej intencyi, to pańska intencya jest bardzo rozumna. Ja raz mówiłem do jednego pana: „Niech mi pan sprzeda rzepak.“ On mi powiedział na to: „Ja tobie, Janklu, nie chcę sprzedać rzepak“. — Ja mówię: „Czy pan dobrodziej ma dla mnie złą intencyę?“ — Wiesz pan, co on na to słowo powiedział?“Ja dla Jankla nie mam wcale złej intencyi, ale nie mam wcale rzepaku“. — Godny człowiek! On miał dobrą intencyę, ale że nie miał rzepaku, to jakim sposobem mogłem mu dać zaliczenie na samą intencyę? Widzi pan dobrodziej z tego, że intencya bez rzepaku nic nie znaczy i że jeżeli pan przyjeżdżasz do nas z samą intencyą, to my z panem nie możemy handlować.