Strona:Klemens Junosza - Wyrwane kartki.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie, ja w tej chwili pytam wyłącznie o miasteczko.
— Chce pan tu nabyć dom? Owszem, mogę nastręczyć bardzo ładny; mój szwagier, co ma na rogu szynk, jest prawie właścicielem tego domu.
— Nie mam tego zamiaru. Powiedz mi pan raczej, czy wasze miasteczko jest bardzo bogate?
— Już mówiłem panu, że kura nie ptak. Pan dobrodziej jest z Warszawy, więc może zrozumieć, że nasze miasteczko jest tylko kura i to wcale nieosobliwa — chodzi ona po śmieciach, grzebie w śmieciach, a co ma z tego grzebania?
— Jednak żyje.
Pan Jankiel uśmiechnął się gorzko i rzekł:
— Różne są gatunki życia, proszę pana, a ten, o którym mówimy, jest bardzo brzydki gatunek.
Tu Jankiel rozwinął szeroko swój pogląd i wykazał, że miasteczko chyli się do upadku, że dobre interesa wyginęły ze szczętem, a te, co zostały, są wcale niedobre; że dzięki niebu, plemię Izraela mnoży się i powiększa, ale że zarazem powiększa się brzydkość czasu i trudność wyżywienia się. Dowiódł, że dawniej kwestya bytu była zabawką, dziś jest trudnem do rozwiązania zagadnieniem, a niedługo — co będzie niedługo, tego nawet mówić nie chciał, z obawy, aby nie powiedzieć w złą godzinę. Mowa tego męża pełna była piołunowej goryczy, brzmiał w niej żal do świata i do ludzi, najwięcej do ludzi, do tych ludzi, co mają ziemię — żal, że grymaszą, że nie chcą dźwigać na swoich barkach tej małej garstki żydków spokojnych, cichych, zatopionych