Strona:Klemens Junosza - Wyrwane kartki.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

peracyjnej, obywającej się bez ostrych narzędzi.
Jak strumienie i rzeki do jezior i do mórz, tak drogi z wiosek do miasteczka wpadają, bez względu na to, czy miasteczko na wyższym, czy na niższym leży poziomie. Ten bieg rzeczy niewiele sobie robi z zasad niwelacyi.
Bosekaczki naprzykład leżą na pochyłości góry, niewielkiej wprawdzie, ale bądź co bądź wznoszącej się znacznie nad poziom otaczających ją wiosek, a przecież ileż zboża i wszelkich wartościowych produktów płynie do tej mieściny po wyboistych dróżkach wiejskich!
I jak płynie! W dnie powszednie, świąteczne, targowe, jarmarczne, we wszystkie, oprócz sobotnich. Pod tym względem dróżki owe podobne są do legendowej rzeki Sambatyi, która przez cały tydzień burzy się, wre i kipi, a jedynie w sobotę uspakaja się i płynie powoli, cichutko, łagodnie.
Jest wieczór. Miasteczko na pochyłości góry rozrzucone w złotych blaskach zachodu wygląda poważnie, niby w żółtej czapce futrzanej. Droga się wije, ciągnie po grobelkach ku mostowi, za mostem pod górę się wznosi. Przed apartament Jankla Piernika przybywamy w chwili, kiedy słońce ustępuje miejsca szabasówkom i nafcie. We wszystkich okienkach światła widać. W mosiężnych świecznikach i lichtarzach migocą czerwonawe płomienie łojówek; w miasteczku ruch się już robi poświąteczny. Śpiewy, medytacye, czytanie mądrych książek ustaje, natomiast handel budzi się ze snu. Szynkownie i kramy otwarte, owdzie z uliczki wytacza się bieda dwukołowa, jakiś kapita-