Strona:Klemens Junosza - Wilki Wesołego!.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i słucha, oglądając się w stronę fortepianu — w gwarnej sali chwilowo cisza zalega...
Nareszcie, pijany jakiś gość uderza kuflem w stół z całej siły i krzyczy:
— Panno! serka, do kroć stu tysięcy, czy panna nie słyszysz, że tu jak na pogrzebie grają!
Muzyka tymczasem nie ustaje, gdyż grająca tego wykrzykniku nie słyszy, gra dalej, z coraz większą mocą, przyciska z całej siły pedały, uderza z dziwną energią w klawisze. Goście powstali z swych miejsc i spoglądają w zdumieniu; twarz grającej jest blada jak kreda, usta zaciśnięte kurczowo, oczy szeroko rozwarte. Tylko palce nerwowo uderzają w klawisze, jak gdyby chciały wszystkie struny w fortepianie pozrywać.
Pulchna pani wytoczyła się z za bufetu, przyszła do grającej i ujęła za rękę.
— Pani! pani! co pani wyrabia?
Muzyka ucichła. Ręce radczyni opadły bezwiednie.
— Pani coś jest, pani chora jesteś — zawołała z przerażeniem gospodyni. — Józiu! Maniu! ruszcie się, wody tu dajcie natychmiast!
Biedna kobieta westchnęła ciężko, spojrzała na gospodynię, na gości, na liczne kufle rozstawione po stołach i, wnet przypomniała sobie gdzie jest.
— Przepraszam panią — rzekła — trochę mi było niedobrze... sama nie wiem, co grałam...
— Ach, co pani grała! i ja nie wiem co pani tam grała — takie granie to w kościołach grywają.
— Niech mi pani wybaczy... poprawię się — rzekła cicho — zagram co innego...