Strona:Klemens Junosza - Wilki Wesołego!.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w tejże samej chwili, do fortepianu zbliżyła się kobieta niemłoda, której włosy dobrze już szron siwizny przypruszył. Zdjęła z siebie wypłowiałą mantylkę, uwolniła palce z rękawiczek, otworzywszy fortepian i usiadłszy przy nim, uderzyła kilka akordów. Potem z pod palców jej popłynęły łagodne dźwięki jakiegoś starego, sentymentalnego walczyka o rytmie spokojnym, miarowym, jak chód zegara.
Szewcowa jakaś, czerwona i do wzruszeń skłonna, trąciła silnie swego małżonka w łokieć i rzekła z rozrzewnieniem:
— Jacuś, słuchaj, na naszem weselu tego walczyka grali... Pamiętasz, Jacusiu, serdeńko, pamiętasz?
— Pa...pa...miętam, pamiętam jagódko — odrzekł z trudnością pan majster. Gra bo gra! niech ją nie znam.
— Tak, tak Jacusiu, biedactwo jakieś, na starość grajkować musi... naści dwie dziesiątki, bęcnij jej tam na fortepian, niech ma za swoją pracę, kiedy mi młode lata przypomniała.
On wstał i, chwiejnym krokiem, ale z miną buńczuczną, do fortepianu się zbliżył. — W ręce wyciągniętej dwadzieścia groszy trzymał, już usta otwierał, aby coś powiedzieć, gdy wzrok jego spotkał się ze spojrzeniem grającej.
Musiało być coś magicznego w tem spojrzeniu, bo poczciwy majster oczy spuścił, przeproszenie jakieś wybąkał i delikatnie, nieśmiało, datek swój podsunąwszy pod nuty na fortepianie leżące, odszedł do swego stolika.