Strona:Klemens Junosza - Wedle pocieszenia.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Widzę.
— Ny, a co to jest?
— Co ma być? Juści reński.
— Tak, to jest reński, cały reński, możecie za niego dostać blisko półtorej kwarty okowity, albo więcej jak pół kope szledzi, albo 100 obwarzanków!! Prawda jest?
— Juści prawda.
— Teraz weźta wy od tego bankocetla oberwijta numer ten mały! ten maleńki numer z podpisem. To ten reński, co buł reński, już nie będzie reński, już on nie będzie wart ani centa — ani półcenta! Weźcie wy sobie na delikatny rozum, co chłop przez babe, przez jedne babe, takie zwiczajne babe, to jest reński bez numeru, grosza nie wart jest... już ja wam więcej nic nie powiem....
— Chodź, chodź Wojciechu, żyd dobrze gada, sprawiedliwie, choć ci żyd.
Powoli ciężkim krokiem powlókł się Wojtek za babą i zniknął w wioskowej ulicy...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A co to chcesz, Wojciechu? pytał proboszcz kłaniającego się pokornie wieśniaka.
— Na mszę świętą za nieboszczkę.... ta i na zapowiedzi z Zagrodzianką Jagną....
— Tak prędko? tamtąś wczoraj dopiero pochował.... jużeś się pocieszył....
— Ej, przez urazy ojca duchownego, ja nie wedle pocieszenia, ino krowinów jest trzy, a nie ma komu wydoić....

Klemens Junosza.