Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nad strumieniem dość wąskim, ale bystro płynącym po kamieniach, które widać było z pod przezroczystej wody, rzucona była gruba kłoda dębowa.
— To jest most — mówił Kwiecień — jak widzisz, bardzo pierwotny i naturalny, tem więcej, że nie ludzką robiony ręką. Przypadkiem się tu znalazł. Niegdyś, jak mi mówił stary gajowy, urodzony i posiwiały w tym lesie, było wielkie wezbranie wody. Zimą spadły ogromne śniegi, a gdy je o wiośnie słońce przygrzało, gdy puściły, wówczas ten strumień wystąpił z brzegów i zalał całą tę polanę szeroko. W tem miejscu, gdzie domek mój stoi, woda była. Nad samym brzegiem strumienia rósł dąb; woda podmyła brzeg i olbrzym powalił się jak długi. Gdy powódź minęła, poobcinano gaęzie, a sam dąb zostawiono tak, jak padł i jest wyborny mostek, ułatwiający nam komunikację. Do tego dębu i legenda jest przywiązana.
— Legenda?
— Gdzie ich szukać, jeżeli nie w lesie, mój kochany, zwłaszcza w takim lesie odwiecznym! Jest w nim coś tajemniczego, a poezja ludu, fantazji pełna, potrzebuje tylko takiej kanwy, aby snuć na niej najdziwaczniejsze desenie... Oto ten strumień wpada o kilka wiorst stąd