Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

siadowała ze świerkiem, bladozielone wierzby z nad strumienia malowniczo rysowały się na oddalonem nieco tle lasu. Gość pełną piersią oddychał świeżem powietrzem, pieścił wzrok blaskami i zielenią, wsłuchiwał się w nieustający świergot ptasząt.
— Jak tu ładnie — szepnął — jak spokojnie, jak miło... ale w zimie? Czy ty i przez zimę tu mieszkasz?
— A gdzieżby? — spytał z uśmiechem gospodarz.
— Nie może być? Z kobietami? z dziećmi? — dlaczego nie wywozisz ich do miasta na zimę?
— Bo nam tu dobrze... Zamiast zieleni widzimy biały śnieg, tak upragniony przez myśliwych i leśników... śnieg, poznaczony śladami zwierzyny... dla nas to książka. Czytamy z niej, gdzie się kryją wilki, dziki, lisy, sarny... Zresztą, widzisz, w lecie dla nas wakacje, w zimie zaś zdwojona praca i ruch ciągły... Cięcie drzewa, obróbka, wywózka, polowania, obławy. Nie poznałbyś tego cichego lasu... jak w nim zaczną łomotać siekiery, padać z łoskotem drzewa... a gdy się tu odezwą trąbki myśliwskie, gdy się zaczną rozlegać strzały, nawoływania, obławy... Ej, Józiu kochany, przyjedź ty do nas zimową porą, zobaczysz, ile przyjemności znajdziesz w tym borze...

(D. c. n.)