Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wisz na stacyi, przyślę po nie leśnika, a sami pieszo przejdziemy, przeprowadzą cię wózkami, za kwadrans będziemy na miejscu. Niechże mam to szczęście, bym cię mógł w progach moich powitać. Świat słowikiem cię zowie — więc, słowiku, odwiedź legowisko uiedźwiedzia. Nie takie ono straszne, jak się zdaje. Chodź...
— Doprawdy...
— No i cóż tu będziesz robił w polu? Zanim maszynę przyślą, kilka godzin zejdzie, wynudzisz się tu, wygłodzisz... Moja żona będzie szczęśliwa, że cię pozna...
— Tyś żonaty?
— Żonaty od lat sześciu i dzieci mam troje... Gwarno w domu... i pannę na wydaniu mam... siostrę mej żony — a ty nie straciłeś jeszcze złotej wolności?
— Nie, i pozbawić jej się nie zamierzam.
Leśnik się roześmiał.
— Nie mów hop — rzekł — aż przeskoczysz... ale o tem będzie jeszcze czas pomówić. Zajmijmy się przeszłością, teraźniejszością... a temu, co będzie... dajmy pokój.
— Dalekoż twój dom?
— Zobaczysz... pójdziemy ścieżką... Już ja ci rzeczy bezpiecznie na stacji ulokuję — a gajowy przyjdzie po nie i do domu przyniesie. No, Józieczku kochany, nie ociągaj się, nie marudź — dla szkolnego kolegi należy coś zrobić...
— Zgoda... idziemy...
— Serdeczne dzięki... Jakaż to będzie dla kobiet moich miła niespodzianka... Ile razy czytaliśmy o tobie w gazetach, zawsze mówiłem im z dumą: to mój towarzysz młodości, mój kolega, przyjaciel... Poprostu pyszniłem się tobą... Dziś przyprowadzę cię do nich! powiem: patrzcie, oto jest... zstąpił z wyżyn pod ubogą strzechę naszą... Zawdzięczamy to wypadkowi, ale bądź co bądź...
— Dajże pokój komplementom, mój Antosiu... nie powinno być między nami mowy ani o wyżynach, ani o nizinach... jesteśmy tacy dawni... dawni przyjaciele...
Antoni uścisnął swego gościa.
Szli wąską ścieżynką, wijącą się między zbożami wśród pola, poza którem ciągnął się wielki las. Niebawem znaleźli się pod naturalnem sklepieniem, utworzonem z konarów wysmukłych sosen i dębów odwiecznych. Do stóp olbrzymów tuliły się karły, krzaki leszczyny, malin leśnych, rozkładały się paprocie, mchy, rosła trawa, z pośród której wychylały się różnobarwne kwiatki i czerwone pachnące poziomki. Powietrze przesycone było balsamiczną wonią żywicy, na gałęziach świergotały ptaszęta.
Szli po pochyłości wzgórza, ścieżką, i po kilku minutach ujrzeli przed sobą szeroką polanę, którą przerzynał wartki, migocący pożyczanemi od słońca blaskami, strumień. Z drugiej strony, w pewnej odległości od brzegu, widać było biały drewniany domek, otoczony ogródkiem, a poza nim kilka zabudowań gospodarskich. Całą tę siedzibę okalało ogrodzenie wysokie, z mocnych żerdzi, nakształt ostrokołu zrobione. Zpośród budynków wychylał się gołębnik na wysokim słupie, oraz żóraw od studni — poza budynkami zaś i dokoła całej polanki wznosiła się czarna wysoka ściana lasu. Niby wielką ramą obejmowała ona miły krajobraz, pełen zieleni i słońca, urozmaicony różnorodnością drzew.. Brzoza biała, płaczka leśna, są-