Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Szwagier przecenia moje dobre chęci... ale wracając do kwestji, proza nie wyklucza poezji, ani poezja prozy, i jedna i druga potrzebna jest w życiu... Chociaż napozór wydawać się może inaczej, są to przecież dwie siostry bardzo kochające się i zgodne... To niby Marja i Marta.
— Podzielam zupełnie zdanie pani, — rzekł artysta, patrząc w rozumne oczy dziewczyny. Pod wpływem tego spojrzenia zmieszała się i spuściła oczy; długie rzęsy ocieniły je zupełnie.
Wieczór nadchodził, wieczór letni, pogodny... Słońce już zniknęło za drzewami, pozostawiwszy po sobie złotawy odblask na niebie... pod wielkiemi drzewami rozpościerał się mrok, gładka powierzchnia jeziora zaczęła przybierać barwę szafiru...
Wsiedli wszyscy do łódki i popłynęli z powrotem... od nderzeń wioseł marszczyły się gładkie fale, łódź kołysała się łagodnie.
Ptaszęta leśne odzywały się w gąszczach, lekki wietrzyk poruszał liśćmi i szemrał.
Było coś rozkosznego, upajającego w tej głuszy leśnej, w tem ustroniu zacisznem, spokojnem, a tak pięknem.
— Jak myślisz — rzekł leśnik do swego gościa... — u nas tu przecież bardzo brzydko nie jest.
U was tu jest prześlicznie — rzekł z entuzja-