Strona:Klemens Junosza - Ostatnie chwile skazanego.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przeciwnie zaś w chwilach ważnych lub ciężkich, gdy wyprężone pasmo życia pęka... gdy oko zwraca się trwożnie na miecz Damoklesa wiszący nad głową... o! wówczas ona śmieje się promiennem okiem słońca, stroi się w perły i brylanty rosy, w barwne kwiaty i krzyształowe źródła... oh! wtenczas szatańsko-piękna... wtenczas jest majestatyczno-powabna, rozkoszna jakby na urągowisko ludzkiej boleści...
Jest coś demonicznego w przyrodzie.
Pół do dwunastej.
Ubrali go czarno, sami czarni jak krucy, sprowadzili na dół...
Spojrzał raz ostatni na swoje poddasze.
W oczach miał łzy, lecz umiał powstrzymać swą boleść.
Skazany... egzukucja się zbliża... on drży... cóż w tem dziwnego.
Dam rubla temu kto nie zadrży!
Spienione konie uniosły zamkniętą karetę.
Stanęli u celu.
On z głową spuszczoną ku ziemi... obok niego wierna kochanka...
Jeszcze chwila...
Ozwała się muzyka... Ksiądz się zbliżył.
— Józefie, spytał go głosem wzruszonym, masz że ty wolną i nieprzymuszoną wolę?..
— Mam, odpowiedział skazany.
— W tej chwili nić życia kawalerskiego przeciętą została jak mieczem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na rynku pies kudłady łzawo spoglądał w przestrzeń...
Ten pies musiał o wszystkiem wiedzieć.