Strona:Klemens Junosza - Ostatnie chwile skazanego.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

patrzyły na chmury ciężkie, ołowiane, groźne, a czarne jak piekło. Na rynku jakiś fenomenalnie chude psisko z filozoficznym spokojem ogryzał kość; a widząc w niej wcielenie swych psich kwestji, uwag i spostrzeżeń, zdawał się być obcym temu co się koło niego działo.....
Od czasu do czasu podnosił zwierzchnią wargę, pokazywał zęby białe i ostre, i kudłatę fizognomję układał do gorzkiego sarkastycznego uśmiechu, w którym malowało się zwątpienie, obojętność i pogarda świata.
Może, gdyby ten pies miał rękę, to machnął by nią pogardliwie, i w tym geście pełnym wyrazu streściłby swój pessymistyczny pogląd — lecz nie posiadając ręki, nie zastanawiał się długo, i uczynił to samo za pomocą ogona, przytem rzucił gorzkie spojrzenie w stronę okna oświetlonego słabym blaskiem lampki.
Ten pies musiał coś wiedzieć...


II.

Lampka słabym blaskiem oświecała ubogą stancyjkę, kulawy stół i ściany, co przecinając się w rozmaitych kierunkach świadczyły iż stoją na tym stopniu wzniesienia nad poziom morza, który pospolicie zowie się poddaszem.
Nad stolikiem widać było czarną czuprynę, dwa ramiona, ogromne pióro gęsie, które ze strasznym zgrzytem przesuwało się po papierze.
Księżyc wyjrzał z za chmur, i ironicznie spojrzał w okienko w tem przekonaniu, że widzi literata kującego sztukę na konkurs i sięgającego po drugą nagrodę.... ale nie, tym razem omylił się księżyc... piszący nie był literatem, nie był artystą, nie był niczem innem tylko człowiekiem zakochanym.
Miłość kazała mu siedzieć o północy, miłość kazała mu pisać przy blasku lampki, miłość wreszcie zmuszała go do ostatecznego rozbratu ze światem przyjaciołmi młodości, z tą całą wesołą czeredą, w gronie której tyle chwil wesołych przepędził, tyle partji bilardowych wygrał, tyle przemarzył, prześnił i przetańczył...
Spojrzał na zegarek.
— Już trzecia rzekł do siebie, jeszcze dziewięć godzin tego życia... Ach! dziewięć godzin... czemże jest dziewięć godzin w porównaniu z wiecznością! to tylko 540 minut... ah prawda i to wiele... 32400 sekund! ale każda sekunda tak krótka... tak prędko ubiega!
Wziął się za puls.
Puls uderzał gorączkowo... krew biła przyspieszonem tętnem... życie spieszyło jakby tym pośpiechem chciało sobie wynagrodzić czekający je spoczynek...
— Br... jeszcze ośm godzin i przyjdą, ubiorą mnie czarno... sami czarni jak krucy... poczciwy proboszcz przemówi do mnie słowami duchownej pociechy... a potem... a potem... zwiążą ręce i...
W tej chwili pies na rynku zawył okropnie, przeraźliwie i żałośnie...
Ten pies musiał coś wiedzieć.....

III.

Jakże obojętną, jak nieczułą jest owa osławiona i uwielbiona przez poetów przyroda!
Gdy radość napełnia duszę człowieka, gdy serce wiruje w rozkosznem upojeniu miłości zachwytu i szczęścia, wówczas owa przyroda płacze dreszczem, grzmi piorunem strasznym, lub bije świat lodowatym gradem...