Przejdź do zawartości

Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 201 —

 — Panie Stanisławie — rzekła wchodząc — jestem w rozpaczy!... Obiadu dziś nie było...
 — To bagatelka.
 — Pan jesteś bardzo wyrozumiały, zawstydzasz mnie swoją dobrocią.
 — Niema o czém wspominać...
 — Ale oprócz tego, poniosłeś pan stratę — odezwała się płaczliwie usiłując zebrać potłuczone skorupki. — Taki wazon!
 — Nie miał wielkiéj wartości.
 — Ale zawsze, bo widzi pan, ja muszę się wytłómaczyć... Loluś bawił się albumem, a miał paluszki powalane masłem, chciałam mu zabronić, ale rozpłakał się; za Lolusiem przyszła Micia, Sabcia i mały Broniś — i oto zrobiło się nieszczęście. Widzi pan, Olimpcia teraz robiąc kroki, nie ma czasu zajmować się dziećmi, ja jestem rozerwana, Pelcia ma przed południem lekcye, a w sali jest lustro. Bojąc się o nie, pozwalam dzieciom bawić się w tym pokoiku, przecież to panu nic nie szkodzi...
 — No, zapewne...
 — A! jesteś pan nie szczery...
 — Co pani mówi?...

 — Ja wiem, że pan lubi dzieci, pan bardzo lubi dzieci, widać to panu z oczów. Nawet Pelcia zauważyła, że pan lubi — ale ta szkoda, niepowetowana szkoda, czém ją panu wynagrodzę?... Pelcia chce panu zrobić pantofelek do zegarka, poczciwa du-