Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 120 —

łe od łez powieki, odświeżona przez burzę atmosfera uspokajała ją cokolwiek.
Dokąd iść, dokąd się udać?
Do stacyi pocztowéj przedewszystkiém, a ztamtąd gdzie oczy poniosą, aby daléj, aby jak najdaléj od tych stron, w których upłynęło tyle chwil bolesnych, ciężkich...
Pan Leon po odjeździe Zosi, zadumał się, był jak nie swój; niesprawiedliwość, wyrządzona biednéj dziewczynie, bolała go tembardziéj, że nie mógł złemu zapobiedz. Do walki z żoną i siostrą jéj sił nie miał, a zresztą do czego by go ta walka doprowadziła? Bezsilnym się czuł zupełnie.
— Jaśnie panie! — rzekł służący, wchodząc.
— Co chcesz?
— Kucharz zapytuje co będzie z obiadem?
— Ach, kucharz — odrzekł pan Leon bezmyślnie — kucharz.
— Tak jest, jaśnie panie, pyta czy podawać chłodnik...
— Chłodnik?
— Tak jest, jaśnie panie panie, chłodnik!
— Hm!... niech poda... albo lepiéj! zaczekaj...
— Słucham jaśnie panie!
— Nie będę jadł, każ mi zrobić szklankę mocnéj herbaty, gdyż mam szalony ból głowy.
Z jakiém uczuciem w sercu Zosia opuszczała Lipów, łatwo się domyśléć. Rozczarowanie, za-