Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Pewnie tam panna młoda czeka...
— Do dyabła! — pomyślałem.
Ale po chwili myślę sobie: niechże kto chce sądzi, co pilniejsze? Dzik mógł z legowiska ruszyć, pójść w książęce lasy i po dziku... panna zaś siedzi w domu i nie ucieknie, a czy weźmie ślub dziś, czy jutro — mała różnica, wszystko jedno. Myślę sobie: jutro raniuteczko pojadę, przeproszę i niech raz będzie kozie śmierć — niech się ciotki cieszą... Właśnie rano ubieram się we frak, wtem ktoś zajeżdża... Wychodzę, żeby psy rozpędzić, patrzę, a to szanowny papa mojej panny... Ja do niego:
— Panie dobrodzieju! co za honor! Witam z otwartemi rękami.
A ten jak słup... Zjeżył się jak wilk i do mnie z zębami...
— Co pan chcesz?
— Tak się nie robi...
— Przecież jadę, widzisz pan, żem we fraku...
A on wprost:
— Możesz się pan nie fatygować; zrobiłeś naszemu domowi afront...
— Panie, to nie afront — powiadam, — tylko dzik. Patrzaj pan, wisi... o, tu, na dziedzińcu; zabiłem go na prezent dla pańskiej córki...
Myślałem, że się stary pozna na grzeczności, tymczasem on powiada, że ja sam jestem dzik, bez okrzesania, bez wychowania nie-