Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się nie wścieknie z bólu, rwie galopem — ja siedzę, wpada na myśliwych — ja siedzę. Ojciec woła: „wszelki duch Pana Boga chwali!“ ja siedzę, bez przesady, jak mur, i pcham nóż coraz głębiej. Pędzi bestya, a kwiczy, aż się po lesie rozlega. Półtorej mili tak przejechałem, alem go zadźgał... Ojciec płakał z radości i ciągle mówił: „to krew!“ No jużcić, bez przesady — co krew, to krew... Na swoje poszedłem, dzierżawcą zostałem... dzików natłukłem tyle, że mógłbym z nich taką stertę jak stodołę ułożyć, a jeszcze tego pierwszego pamiętam... Był taki duży jak krowa, tylko tyle, że niższy...
A i jeszcze jednego też pamiętam, choć będzie temu lat ośmnaście może. Ciotki, panie dzieju, namówiły mnie, żebym się żenił... Ha! żenić się, to żenić; tak mi z tem, jak i bez tego, ale jak ciotki mnie obsiadły, jak zaczęły trajkotać — powiadam, panie dzieju: dobrze. Panna ładna, ród dobry, dziesięć tysięcy jak lodu, wyprawka niczego, fortepian jeden, fanaberyi sporo. Powozu jej się chciało swoją drogą, ale swoją drogą partya dobra... Tedy mam się żenić, pierwszego lutego ślub... A no, panie dzieju, ślub, to ślub, zaraz po południu. Od rana ubieram się we frak. Żeby z piekła nie wyjrzał, kto takie odzienie wymyślił! Kładę rękawiczki — ma się rozumieć białe, no i mam