Strona:Klemens Junosza - Maciej.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

gdy wpadł w rów koło kuźni i topić się zaczął, ale się nie utopił, bo go kowal z wody wydobył; — dał mu ze trzy razy pięścią w kark, aż jęknęło, a zapowiedział przytem, że jak się Maciek drugi raz utopi, to dostanie takie wnyki, że aż „w niebie będzie słychać“.
Dobry bo to i człowieczysko był ten kowal, serce miłosierne miał, a pięść jak z żelaza.
Maciek posłuchał kowala i nie utopił się nigdy, bo choć raz, tęgim parobczakiem już będąc, przez zamarzłą rzekę przejeżdżał i lód się pod nim załamał, wydobył się jednak na ląd o własnej mocy, i tylko go potem febra coś przez trzy kwartały trzęsła.
Zresztą już ciężkich przygód nie miał, tylko raz go fura z drzewem przygniotła i raz na czarną ospę przez sześć tygodni przeleżał.
W wojsku też był szczęśliwy, może dlatego ze nie pytał nic, jak kazali walić, to walił na prawo i na lewo, gdzie trafił, na oślep. Kule latały koło niego jak osy, ale nie ukąsiła go żadna, tylko go raz piką w nogę kolnęli ale tak delikatnie, że nie trzeba było nawet nogi urzynać.
Wojowanie Maćkowe było niedługie, ale gorące, a jak się skończyło, powrócił Maciek do swojej wioski, ożenił się, dzieci dochował, no i siedział na wsi aż do śmierci. Literami biografię Macieja można bardzo króciutko opisać. Orał, bronował, siał, żął, kosił, młócił, woził snopki z pola i zboże żydom odstawiał, sosny ścinał w boru i do bindugi wywoził.
Oto wszystko.
Gdyby jednak przyszło komu do głowy wyrazić te roboty w cyfrach i podsumować je razem, gdyby kto chciał obliczyć ile to on morgów wysiał!?
Jedne woły starzały się, drugie rosły i znów się starzały, a on wciąż chodził za sochą, wciąż nowe skiby odwracał.
A porachujcie no, mądrzy ludzie, ile tysięcy mil za broną przeleciał, ile korcy nasienia w pulchną rolę wrzucił, ile snopów użął, ile się cepami namachał, ile worków zboża na swoim grzbiecie wydźwigał.
Wielkie hrabstwo ufundowaćby można z tych morgów wysianych, zbronowanych, skoszonych i wyżętych przez Macieja, — wielkie piękne hrabstwo!
A ile to on sosen w boru ściął, ile nadźwigał się ich.
Lecz dajmy pokój sumowaniu i cyfrom, bo może niejeden z takich co o swej pracy dużo opowiada, zobaczywszy ów rachunek zawstydziłby się, może miałby sny przykre.
Maciej sam swojej pracy nie liczył i nigdy o niej nie mówił. Gdy słońce wstawało — i on wstawał także, zaprzęgał woły do sochy, albo szkapę do brony według tego jak mu wypadało, albo też brał do ręki sierp, siekierę, lub cepy i szedł do roboty.
W południe wypoczął, podjadł sobie i znów do wieczora robił i tak mu schodził tydzień za tygodniem, rok za rokiem i ani się obejrzał jak życie zeszło — długie pracowite.
W niedzielę, przywdział nową sukmanę i do kościoła