Strona:Klemens Junosza - Był to obraz... ale oblazł.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W eleganckim buduarze, przy pysznej rzeźbionej toalecie siedziała kobieta...
Długi pegnoir okrywał ją zupełnie i w malowniczych draperjach zwieszał się z jej ramion załamując się z lekka na aksamitnym fotelu i spadając na dywan bardziej angielski niż faworyty warszawskiego lewka.
Ukośny promień wschodzącego słońca, wślizgał się dyskretnie przez blade rolety i igrał po aksamitach, zwierciadłach, porcelanowych amorkach, aż wreszcie zatrzymał się na czole Venus wyrzeźbionej z białego jak śnieg marmuru.
Wszystko tu tchnęło spokojem i ciszą, atmosfera przepełniona wonią róż rozkwitłych usposabiała do marzeń, a świergot ptasząt dochodzący z ogrodu mieszał się z jednostajnem gdakaniem zegara, co zawsze jednakowo zimny i obojętny wydzwania ludziom zmartwienia, kłopoty... siwe włosy i zmarszczki na twarzy.
Zegar w buduarze przez nas opisywanym stanowił rażący kontrast z całem otoczeniem, bo gdy tu wszystko było świeże, piękne, harmonijne, on tylko jeden wsparty na ramieniu potwornie starego saturna, odzywał się głosem ponurym, głuchym, jakby