Strona:Klemens Junosza - Bohaterowie.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Czy odznaczyli się na polu bitew?!
— I tacy byli. Podróżowali po Bulgarji, po Rumunii, dostarczali prowiant, furaż, szampańskie wino, cygara... Sądzisz pan, że to bezpieczny interes?... Kule latały jak muchy, wprawdzie bardzo zdaleka, ale latały; strach był zawsze blizko. Sądzisz pan, że to mała rzecz prowadzić transport przez niepewne drogi, gdzie łatwiej można spotkać dziesięciu baszybużuków, niż jednego stójkowego, gdzie można mieć na każdym kroku nieprzyjemność, przykrość, awanturę, stratę, na towarze i na zdrowiu? Byli i tacy, ale ja nie o nich myślałem. Nie codzień bywa wojna i nie codzień jest okazja, do takiego bohaterskiego interesu. Mam na myśli zwyczajne, spokojne czasy, takie jak wczoraj, jak dziś.
— Czyż dają one sposobność...
— Dlaczego nie? Sposobność codzień się trafia, bo niema takiej godziny, w którejby nie można ryzykować i albo zarobić, albo stracić. Panie, wojna robi się podobno, bo ja tego dzięki Bogu nie praktykowałem, na jednem dużem polu, na placu... Spekulacja, choćby największa, może być zrobiona w najmniejszej stancji, przy stoliku w cukierni, w bramie przechodniego domu, na ulicy, na ławce w ogrodzie. Dwa, trzy słowa, trocha pieniędzy, dużo odwagi, ryzyka, i już... wygrał, przegrał, ale interes gotów na poczekaniu. W tym świecie są moi bohaterowie, tu się robi historja; więc powiem: tu się robią nadzwyczajne historje. Pan nie masz pojęcia i nie możesz mieć pojęcia o tem; pański umysł tego nie zrozumie i nie obejmie.
— Ale dajże pan jaki przykład!
— Dlaczego nie żądasz pan dwóch tysięcy przykładów?... Jabym mógł dać cztery tysiące, pięć... i niedalekobym szukał.
— Może z własnego życia?
— A co pan myślisz?... Moje życie to także życie; były w niem różne chwile, nieraz trzeba było mieć dużo odwagi, dużo śmiałości, dużo ryzyka. Wszystko to się znajdowało w potrzebie, bo musiało się znaleść. Ale ja chwalić się nie lubię, nie będę więc panu opowiadał tego, com sam przechodził, tylko dam parę przykładów...
— Bardzo proszę.
— Może pan śmiać się będzie, ale to rzecz nie do śmiechu. Naprzykład, patrz pan na tego handlarza... Jak się panu zdaje, co to za osoba?
— Sam pan powiedziałeś: handlarz.
— No, tak, handlarz, biedny człowiek, kapcan, łapserdak. Cały jego majątek może wart jest piętnaście rubli, a może nie; prędzej nie wart, niż wart — a przecież to bohater!
— Czy tak?
— W gorszym gatunku, ale bohater... Powiadają, że djabeł jest tak silny, że gdy weźmie kamień w łapę, to wodę z niego wyciśnie — ten handlarz jest silniejszy od djabła, bo on z powietrza potrafi wycisnąć pieniądze, ze starej kamizelki bochenek chleba... On wychodzi rano na miasto z dwoma rublami w kieszeni, a wieczorem przynosi trzy... Skąd on je bierze? Z powietrza, z targowania się, z biegania po podwórkach, z krzyku — jednem słowem: z bohaterstwa... On potrafi utrzymać z niczego żonę i siedmioro albo ośmioro dzieci, potrafi je po swojemu wyedukować, pożenić, wydać za mąż i wyposażyć... No, powiedz pan, czy to nie sztuka, czy nie bohaterstwo?
— Zapewne.
— Czasem pada deszcz, czasem jest mróz, czasem błoto i zawierucha. Czy myślisz pan dobrodziej, że on się tego boi? — On się wcale nie boi — a dlaczego on się nie boi? — bo jest bohater. A może pan kiedy widział na targu takich bladych brodaczów, z których każdy opasany jest postronkiem?
— Widziałem.
— To są, panie, nasze Herkulesy. Taki potrafi wziąć na plecy pół wołu, największą pakę z towarem, ogromną szafę. On dźwiga ciężary przez cały dzień, przez cały tydzień, prócz soboty i świąt, przez całe życie swoje. On nie lubi się upić i nie położy się przy nogach jakiej Fonfalii... zdaje mi się, że ona się tak nazywała?
— Podobnie.
— On nie położy się przy jej nogach, jak za przeproszeniem, pies — ale idzie on wieczorem do domu, do swojej Sury lub Ruchli, która handluje cytrynami, do swoich dzieci — zje trochę kartofli, trochę cebuli, kawałeczek śledzia i idzie spać — a od rana znów się przepasuje postronkiem i znów jest Herkules. Czy nie tak, panie?... czy nie prawda?
— Prawda, bez wątpienia...
— Ja opowiedziałem panu dopiero o najniższym gatunku bohaterów... zwyczajnym, ordynarnym.
— Więc są i wyższe gatunki?
— Pan pytasz? Jest ordynarne, grube płótno na worki; jest perkal, weba, batysty, zefiry,