Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zoru wygląda sympatycznie, zdaje się, że jest człowiek z uczuciem i z sercem; mecenas Borutowicz twierdzi, że równie uczciwego administratora majątku rzadko w swojem życiu spotkał, a jednak...
— Masz jakie podejrzenia?
— Ależ broń Boże!
— Więc?
— Rażą mnie jego poglądy, sposób postępowania, obejście się z ludźmi. Wyobraź sobie, kiedyśmy przyjechali do lasu, pokazał mi kilka pni świeżo ściętych i powiedział, że wszystkim sprawcom kradzieży pozabierał siekiery i zapozwał ich do sądu. Gdym mu powiedział, że za surowo postąpił, oburzył się i rzekł, że to jeszcze za mało, że ze złodziei należy siódmą skórę ściągać!
— Cóż za średniowieczne poglądy!
— Ze służbą obchodzi się ostro, stanowczo, bezwzględnie, co każe to musi być spełnione natychmiast; o najmniejszą bagatelkę robi tyle krzyku, jakby Bóg wie co się stało, a przytem (przyznał mi się z całą otwartością), jeżeli krzyk nie pomoże, to woła owego parobka czy fornala na osobność i jako niezwykle silny, używa bardziej przekonywających argumentów.
— Jak to, czyżby bił?!
— Sam mi to powiedział, ale co najdziwniejsza, moja droga, że pomimo tego ludzie nasi w ogień by za nim poszli.
— Za nim? Niepodobna!
— Pytałem się stangreta, czy kontenci są z pana