Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale, proszę wielmożnego pana, to jest tak: ja przyjechałem, żeby się państwu pokłonić, ot tak sobie, dla grzeczności i przyjechałem całkiem bez interesu, a w tem, że przyjechałem bez interesu, to jest właśnie cały interes!
Julcia rozśmiała się.
— Co pan mówisz? — rzekła.
— Ja prawdę mówię, trzeba tylko sobie to rozważyć w delikatnej główce, a wielmożna panienka zaraz zrozumie. Naprzykład, ja tu dziś nie mam chęć co kupić, więc nie mam żadnego interesu; ale poznać takie godne osoby, to ja myślę, że jest wielki interes!
— Mój Jojna — odezwała się ciotka — powiedzcie mi, proszę, czy stary Abram Imbryk jeszcze żyje i czy to jaki wasz krewny?
— Pani dobrodziejka zna stary Abram Imbryk?! Zkąd pani jego zna? To jest mój ojciec, mój rodzony ojciec jest! On już teraz bardzo stary, on już nie handluje, on tylko bublie czyta. Na moje sumienie, nie mogę zmiarkować zkąd wielmożna pani zna starego Abrama?
— Dawne to dzieje, mój Jojno; niegdyś przepędzałam tu po kilka miesięcy u krewnych, w tej samej Kalinówce, w Zagórowie, w Białowodach, w Motylach. Pamiętam więc doskonale waszego ojca, bo we wszystkich tych dworach bywał za interesami.
— Ny, ny, sprawiedliwie powiadają, co góra z górą się nie spotka, ale szlachta z żydkiem zawsze. Aj waj, oj waj!