Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziękujemy — odrzekł Wiktor — ale któż pan jesteś?
— Wielmożny pan mie nie zna? — rzekł zdumiony — mnie wielmożny pan nie zna?!
— Istotnie, nie miałem dotychczas przyjemności.
— Dziwno mi, dalibóg dziwno, mnie tu wszyscy znają, na wiele? Na pięć, na dziesięć mil wokoło!
— Być może, ale my mieszkaliśmy dotychczas jeszcze dalej.
— I to prawda jest. Ja sobie nazywam Jojna Imbryk, mieszkam niedaleko w mieście Bosekaczki, mam swój dom, po dworach jeżdżę, handluję. Kupuję trochę zboża, wełny, okowity, co można, czasem bydlę, albo konia, albo skórki z owiec. Jak wiadomo, po żydowsku, aby żyć! Pan Żarski mnie już dawno zna i może poświadczyć, że jestem rzetelny, sprawiedliwy, nie tak jak insze łajdaki. Nie szkodzę nikomu, lubię trzymać swoje słowo, a jak potrzeba, to wygodzę. Niech wielmożny pan spyta pana Żarskiego, co on sobie myśli o Jojne Imbryk? to pan Żarski powie, że niema takich trzy Jojne Imbryk, ani takich dwa Jojne Imbryk, tylko jest jeden sprawiedliwy, rzetelny Jojne Imbryk na całe Bosekaczki!
— Cieszy mnie, że widzę przed sobą tak sprawiedliwego męża, ale co pana do nas sprowadza?
— Ja, z przeproszeniem wielmożnego pana sam sobie sprowadziłem! Na co miał mnie kto prowadzić? Przecie, Bogu dziękować, nie jestem małe dziecko, sam nawet wnuczków już mam!
— Ale...