Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


konturów. Pan Żarski, ciągle gospodarstwem zajęty na gawędę nie wiele miał czasu, a przytem dziwnie był małomówny, pół słówkami tylko odpowiadał:
— Zły gospodarz, dobry gospodarz, źle stoi, dobrze stoi...
Oto były całe definicye, jakiemi ciekawość ciotki zaspakajał.
Szukała więc sposobności, żeby z lepszego źródła informacyi zasięgnąć.
Wieczór zapadł.
Na werandzie, Wiktor z Julcią siedzieli w zamyśleniu, patrząc na obłoczki płynące po niebie, wyzłocone od zachodzącego słońca. Ciotka krzątała się koło stołu, na którym syczał błyszczący samowar.
— Co to pana Żarskiego nie widać? — zapytała Wiktora.
— Nie przyjdzie dziś, cioteczko. Pojechał do Warszawy, po syna. Prosił, żeby mu dać urlop. Naturalnie nie mogłem odmówić.
— Pan Żarski ma syna w gimnazyum? — zapytała Julcia.
— W uniwersytecie, siostruniu, i to już na dokończeniu podobno, młody człowiek, bardzo dobrze się uczy.
— Słyszałam coś o tem — wtrąciła ciotka — właśnie wczoraj spotkałam się na folwarku z panią Żarską, no i ta, jak zwykle matka, zaraz wszczęła rozmowę o swoim jedynaku. Poczciwa jakaś kobiecina i bardzo jej dobrze z oczów patrzy. W każdym razie daleko jest sympatyczniejsza, aniżeli jej małżonek, mil-