Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kobieta lat czterdziestu, ale jeszcze dość hoża i świeża... Olbrzymiego wzrostu, prawie tak jak sam Kaliciński wysoka, tworzy z nim idealnie dobraną parę.
Święta zgoda kwitnie w tem stadle, różnicy zdań nie ma nigdy, bo wdówka sama rządzi, a Kaliciński pod pantoflem siedząc, jest tylko wiernem jej echem.
W domu na palcach chodzi, fajki nie pali nawet, bo jejmość tego nieznosi, a jak mu czasem doktora wezwać wypadnie i do Żarskiego przyjedzie, to na Julcię nie patrzy... Oczy jak panienka spuszcza... niechce widocznie dawnych popiołów poruszać.
Jojna Imbryk... zestarzał się...
Robi jeszcze interesa, ale tylko ważniejsze — drobne zaś wyłącznie oddał synowi, a sklep i zajazd córce... Modli się nabożnie co wieczór, na intencyę, żeby Franek Kuternoga z więzienia nie wrócił i chałupy mu nie spalił — a zresztą kiwa się nad talmudem, bo stary ojcieiee umarł i w familii nie zostało już nikogo, ktoby się naukowemi kwestyami zajmował.
Jojna Imbryk dość już zarobił pieniędzy — teraz tylko sławy i uczoności łaknie.


KONIEC.