Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spodarstwem nie wiele się zajmuje, ludzi unika, nie bywa nigdzie...
Całemi dniami w bibliotece siedzi, coraz to nowe książki sprowadza, stare szpargały kupuje, dawne monety zbiera, czyta, widocznie szuka czegoś...
Czego? któż to wie?
Powiadają, że dzieło jakieś pisze. Ot, zwyczajnie mól książkowy i dziwak.
Na Wandzię swoją dziwnemi oczami patrzy... Czasami w objęcia ją porwie, po czole jasnem i po oczach całuje, czasem wzdycha nad nią i jęczy, a niekiedy gdy sam jest i nad jej losem rozmyśla... to wstyd powiedzieć... płacze...
Nieraz księżyc do baszty przez zakratowane zaglądając okienka, liczył łzy biednego, kochającego ojca... ale księżyc sekretu nie zdradzi — a ojciec z smutków swoich nie lubi się zwierzać przed ludźmi...
Wanda zawsze jednakowa, poważna, spokojna...
Obcięła krótko swe prześliczne warkocze, w czarnych oczach ma dziwną jakąś powagę, prawie że surowość. Zawsze ubrana czarno, jakby wiekuistą poprzysięgła żałobę, w bibliotece ojcu pomaga, wyciągi robi, umysł swój nieustannem czytaniem kształci.
Nie zaniedbuje jednak gospodarstwa... pracuje, krząta się, na wszystko zawsze czas znajdzie. Na wieś często zagląda, chorych pielęgnuje, dzieci do książki zachęca, godziny czasu nie zmarnuje napróżno...
Ogród ukochała szczególnie... Najpiękniejsze kwiaty ma zawsze własną wyhodowane, wypielęgnowane ręką...