Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żyć do buzi, a na kij siadać jak na konia, trzaskać biczykiem i wołać: hetta! wio!
Takie mądre dziecko było dumą babuni, kochała je też i pielęgnowała jakby swoje własne. Julcia nie mogła go wziąść na ręce, gdyż babcia nie pozwalała na to.
Wnuczek był babci — a nie Julci i pomiędzy siostrzenicą a ciotką wynikały częstokroć spory co do tytułu tej własności...
Powoływano się wtenczas na zdanie wnuczka, ale ten, materyalista, do tej z pań rączkę wyciągał, która go w danej chwili, jakąś zabawką, albo przysmakiem nęciła.
Młody Żarski ledwie do domu na noc zaglądał, a i w nocy budzono go częstokroć, do chorego wzywając. Pieniądze płynęły jak woda i z praktyki i z majątku, którym ojciec administrował wybornie, kapitalik dla małego wzrastał.
Julcia niekiedy myślała o bracie, co roku odprawiało się za jego duszę nabożeństwo żałobne, czasem modre jej oko łzą zaszło — ale gdy spojrzała na męża, na dziecko... wtenczas życie uśmiechało się do niej wabiąco i zapomninała o smutnym, trawą porośniętym grobie.
W Białowodach smutno...
Wprawdzie, o wiośnie, jak dawniej, chóry słowików pieśni rozgłośne zawodzą, woda szumi po szluzach, ze starożytnej baszty bocian klekocze — ale to jakoś inaczej, jakoś nie tak, jak dawniej.
Stary pan Mirkowicz zdziwaczał, sposępniał... go-