Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, Kaczorku — rzekł Wiktor — mówcie śmiało — co zaszło?
— A dyć wielmożny panie, co miało zajść? Nic nie zaszło, jeno, po sprawiedliwości mówiąc i po Bogu, to nam krzywda.
— Krzywda?!
— A jeno... Niby to po trzy morgi pola, a po dwie lasu — to prawda... ale co to znaczy?
— Jakto, człowieku, toż wczoraj cieszyliście się z tego!
— Ha! bośmy byli głupi.
— I przez noc takeście zmądrzeli?
— A jużci, czasem w jedną godzinę człowiek rozumu nabiera.
— Więc czegoż teraz chcecie?
— Nic...
— Nic! — krzyknęła gromada. — Niech będzie jak było! my ta żadnych podpisywań nie chcemy...
— Dla czego?
— Ha, proszę pana... — rzekł Kaczorek... — Mój ojciec nieboszczyk ino jeden raz w sąd się popadł, co powiedzieli, że niby konia ukradł, choć to nieprawda była — i jeno raz się w sądzie podpisał, zara mu trzydzieści rózeg wsypali.
— Dzieciak jesteś, mój bracie, teraz nikogo nie biją...
— A djabli wiedzą — nie biją, bo tera naród mądry — podpisywać nie chce.
— Przecie to wasza korzyść!
— Kiej my niechcemy i szabas!