Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakby spodziewając się kogoś. Na drodze jednak nie było ani żywej duszy, nikt się ku dworowi nie kwapił.
A jednak umówili się, że skoro słońce wstanie, cała gromada przyjdzie do podpisu.
Geometra i urzędnik z powiatu wstali już, gotowi do czynności. Zniecierpliwieni, posłali do sołtysa, kazali zwołać gromadę.
Powoli, niechętnie, chłopi poprzychodzili na dziedziniec. Na twarzach ich czytać było można niezadowolenie. Stanęli na dziedzińcu grupami, naradzali się ze sobą, szemrali.
Wiktor na ganek wyszedł.
— No, moi bracia — rzekł... — wczoraj umówiliśmy się... Jakkolwiek wierzę słowom waszym — ale jakto mówią, słowo wiatr, a pismo grunt. Umowa przygotowana, chciejcież ją podpisać. Pan geometra gotów zaraz rozpocząć pomiar; nie czekając zatwierdzenia, które jest tylko kwestyą czasu. Oddaję wam zaraz w posiadanie pole i las, w tej nadziei, że odtąd będziemy żyli sobie w zgodzie i spokoju — jak Bóg przykazał, wy będziecie mieli swoje, ja swoje — nikt nam tu nawet wody nie zamąci. — No — dalej bracia podpisujcie i, w imię Boże, pracujmy razem na tej świętej ziemi.
W gromadzie rozległ się szmer głuchy, ale nikt się nie ruszył.
— No cóż bracia! — zawołał Wiktor. — Nikt z was nie wystąpi?
Milczenie...
— No — dalejże, bądźcie śmieli...