Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Julcia, dobra dzieweczka, przywiązana siostra, marzyła niegdyś o tem, że będzie pomocnicą, towarzyszką pracy w dobrej sprawie; lecz zraziła się odrazu pierwszem niepowodzeniem, pierwszym zawodem, A przytem... pokochała. Młody Żarski, zacny, szlachetny chłopak, podobał jej się, podbił jej niewinne, serduszko — ona go kocha, w nim widzi świat cały, a po zanim nic, nic absolutnie. Jego myśli, są jej myślami; jego zdania, jej zdaniem. Biedna dziewczyna! kryje się, z tem uczuciem, walczy z niem, spotyka opozycyę ze strony ciotki... Co do mnie, mówił do siebie Wiktor, jestem za tem. Sam kochając, będąc nawzajem kochany, rozumiem miłość i jej prawa. Julcia może liczyć na moje poparcie. Owszem, niech idzie za tym, którego ukochała; to człowiek dobry, zacny, uszczęśliwi ją. My tu zostaniemy z Wandą, pracować będziemy, do wyższych celów dążyć. My rozumiemy się wybornie, będziemy się dopełniali nawzajem. Ja i ona to naprawdę jeden człowiek — jedna dusza, jedna istność. Jej siły i moje siły — to jedna siła — jej marzenia i moje marzenia — jedno marzenie, jej cele i moje cele — jeden cel...
Tak myślał Wiktor i nie zwracał uwagi, ani na imponujący wspaniałością swoją wschód słońca, ani na szmery rozśpiewanej przyrody. Dusza jego tonęła w marzeniach, a marzenia te kazały zapominać o bezsenności i znużeniu — o cierpieniach fizycznych, jakich doznawał...
Słońce wzbiło się już dość wysoko. Wiktor z niecierpliwością spojrzał ku wiosce, jakby wyczekując,