Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Głupi ty z piwem, a jeszcze w Kalinowskiej karczmie, to taki trunek, żeby go kto kotowi w gardło nalał, toby biedny kot siedm dni pluł, a ósmego nie dożył. Wódki każcie dać... czy to ja nie wasz opiekun, nie doradca, nie ojciec?
Weszli do karczmy.
Tymczasem ze dworu nadciągnęła cała gromada. Gwarząc, kłócąc się i sprzeczając, wtłoczyli się wszyscy do karczmy, w której zrobiło się natychmiast gorąco. Szynkarz nastarczyć nie mógł półkwaterków nalewać, pan Mikołaj na uboczu się trzymał.
— Brać, ja powiadam, brać — krzyknął jakiś barczysty, ogromnego wzrostu chłopisko — kiej mówię, że brać, to brać, bo jak się pan rozmyśli, to więcej wam nieda i tyla.
— Juści, ma się wiedzieć, że brać — odezwał się drugi głos w tłumie — pole piękne i las... rzetelny las, budulec. Jeszcze dzieciom się na nowe chałupy zostanie.
— A juści, co się długo namyślać, iść jutro podpisywać.
— Brać, brać, a na mszę świętą dać! Jak Kalinówka Kalinówką, jeszcze tego nie było, żeby chłopi swój las mieli, a teraz samo do ręki lezie...
— Figa tobie lezie do ręki — odezwał się pan Mikołaj.
— Co pan Mikołaj powiada?
— To nic... Ja tylko mówię, że na to, co tobie do ręki lezie, toby rozumny człowiek patrzeć nie chciał.
— No, no, albo co?