Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dział tak: moi ludzie, cały świat na rachunku stoi, a kto o grosz nie dba, to sam szeląga nie wart. Powiada, ja nie będę wam mówił, czy wy dobrzy czy źli, czy tacy czy owacy, jeno chcę pokazać, ile możecie po letkości na tym układzie zarobić. Obrachował ile warto latowanie ich bydła i ile to drzewo, co bierzemy z lasu na opał i niby na ogrodzenie, a potem znów obrachował ile warte trzy morgi pola i dwie morgi lasu. Który powiada, z was jest piśmienny, to niech rachuje.
— No i co?
— No i obrachował, że my dobre będziemy mieli zyski, że taki jenteres to dla nas złote jabłko.
— Stary lis!
— Omentra, w różnych wsiach mierzył, a powiada, że nigdzie tyle dla chłopów nie wypadło.
Ale, odezwał się Kaczorek, omentra jak omentra, zawdy potępieniec. Niedarmo oni po śmierci po polach chodzą i przeszkodę ludziom czynią, ale ten gruby z powiatu to przecież nie omentra, a nawet może i w jego rodzie omentrów nie było, a dla tego...
— To i on was namawiał?
— A juści...
— Wszystkich, wszystkich przekupili — szepnął niby sam do siebie pan Mikołaj, tak jednak, żeby go chłopi słyszeli — Słuchaj no Kaczorek, kaź ty dać kielich wódki, a dobry, bo powiadam tobie, że ludzka podłość piecze człowieka gorzej niż zgaga. Nieprawda Śmieciucha?
— A juści, ale skoro piecze, to możeby pan Mikołaj lepiej szklankę piwa dla ochłody...