Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nej kury białych pierzy... Ty tabaka w rogu, ot co jest...
Śmieciucha probował oponować.
— O rozum nikogo nie proszę — rzekł — a pan Mikołaj, choć taki mądry, dla tego w dziurawych butach chodzi.
— Nie twoja w tem głowa. Chodzę, bo mi się tak podoba, bo... bo nogi mnie bolą, i dla tego muszę mieć obuwie lekkie, a tobie do tego nic!
— Wiadomo że nic... jeno pan Mikołaj cięgiem dogaduje. Musi kto sam smołą się powalał, to mu wszędzie smoła śmierdzi.
— Cichojta no kumie, cicho — rzekł Kaczorek. Co się ta będzieta sprzeczali, pan Mikołaj jak wypije trzy kieliszki, to zawdy tak gada, ale nie zważajmy na to, bo pan Mikołaj naszą stronę trzyma.
— Ot racya! co racya, to racya. Kaczorek ma rozum, a ty Śmieciucha sam nie wiesz co gadasz.
— Tedy — rzekł Kaczorek — jak rządca swoje skończył, tak znów pan z Białowodów zaczął.
— Oho! i on, cóż on tam robił?
— A no, pewnikiem po sąsiedzku, według przyjacielstwa...
— Poczekajcie, dam ja jemu przyjacielstwo! Coż on z wami miał do gadania, pewnie mówił, że was kocha jak braci.
— O nie, tego to on nie mówił.
— Nie?
— On wziął kawałek kredy w garść, bo to w ganku było i zaczął na drzwiach pisać rachunek, powia-