Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ani szpadą nigdy w życiu robiłem... może więc lepiej sprobujemy się na cyanek potasu, albo na strychninę...
— Alboż ja jestem lis, żebyś mnie brał na trutkę!! Wstydź się doktorze! W moich żyłach płynie krew rycerska... a przodkowie moi mieli zawsze wstręt do wszelakich proszków aptekarskich... Gdy się bić, to bić po szlachecku, żeby krew płynęła strumieniami.
— Doskonale! — zawołał śmiejąc się doktór — idzie tylko o małą bagatelkę.
— No?
— O to mianowicie, że do takiej rozprawy na śmierć lub życie... trzeba mieć przedewszystkiem przyczynę, a tej w danym wypadku nie widzę.
— Jakto? Nie widzisz jej? a panna Julja?
— Ech, wolne żarty, panie dobrodzieju. — Któż panu broni wyznać jej swoje uczucia, a jeżeli zostaną przyjęte, to kto panu przeszkadza zaprowadzić ją do ołtarza?
Kaliciński dłonią w czoło uderzył.
— To prawda! — zawołał, na honor, prawda. — Że mi to jednak dotychczas na myśl nie przyszło.
— A widzi pan dobrodziej... Każda wielka myśl odznacza się prostotą... Wyznaj pan swoje sentymenta, a będziesz najlepiej poinformowany, czego się trzymać...
— A jeżeli odrzuci mnie?
— Na to już nie ma środka... nawet w aptece.
— Słuchaj no doktorze — rzekł olbrzymi konkurent z wyrazem rozrzewnienia w głosie... a ty... ty.. o niej wcale nie myślisz?
— Nie zastanawiałem się jeszcze nad tem...