Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A cóż, panienka jakoś miłem oczkiem na niego spogląda, znam ja się na tem.
— Hm — odrzekł Żarski — nie byłoby to nic niepodobnego — Jaś, człowiek młody, ze stanowiskiem.
— Ale i Kaliciński tam zajeżdża.
— Tego nie ma co liczyć.
— Pan Adam także wizytę przecież złożył.
— Moja kochana, co ma być to będzie. Ani Jasiowi radzić, ani odradzać nie mam zamiaru, zrobi jak zechce.
— Mówisz tak obojętnie.
— Nie, tylko mówię spokojnie; nie lubię uprzedzać wypadków, ani też, jak to mówią, łowić ryb przed niewodem. Dla mnie zresztą samego...
— Miałbyś co przeciw temu?
— Moja kochana. Co Bóg da, to będzie, ja bo teraz co innego mam na głowie. Dziedzic narobił dużo, dużo złego; teraz odrabiać to trzeba.
— No, co? jak? powiedzże mi.
— Potem o tem, przy sposobności, kiedyindziej.
To powiedziawszy, Żarski do rachunków się zabrał, ale nie szła mu robota sporo. Jakieś myśli smutne niepokoiły go ciągle. Wstał, fajkę zapalił, ale rzucił ją wnet, chodził dużemi krokami po stancyjce, co raz to za głowę się chwytał, wreszcie włożył czapkę, w lisiurkę się ubrał i powoli poszedł na folwark.
We dworze, po obiedzie, Wiktor położył się w swoim pokoju, bo siedzieć ciągle sił nie miał, a panie z doktorem w saloniku prowadziły rozmowę.