Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nigdy! a przynajmniej nie teraz, w żadnym razie nie teraz.
— Dla czego? Co pana tu zatrzymuje?
— Nie wiesz doktorze, nie masz pojęcia, co ja mam tutaj do roboty — i tak zaniedbałem dużo już przez to przeklęte osłabienie.
— Czy ta robota nie da się odłożyć?
— Nie, nie sposób, niepodobieństwo.
— No, ostatecznie, możemy jeszcze do tej kwestyi powrócić, tymczasem pożegnam pana, wpadnę do rodziców na chwilkę.
We drzwiach ukazała się Julcia.
— Już nas pan opuszcza? — zapytała.
— Powrócę jeszcze, żeby państwa pożegnać.
— A nie, tak nie można, ciocia obraziłaby się śmiertelnie. Czekać będziemy z obiadem.
— Więc dają mi państwo urlop na...
— Na kwadransik tylko — rzekła z uśmiechem, podając mu rękę.
Wiktor skłonił się i zarzuciwszy futro na ramiona, poszedł do mieszkania rodziców na folwark.
W skromnie umeblowanym pokoiku serdecznie przyjęła go matka staruszka. Z rozrzewnieniem ujęła jego głowę rękami i pocałowała go w czoło. Ojciec także przerwał rachunki, któremi był zajęty i wyszedł na powitanie syna.
— Jakżeś go znalazł? — zapytał, w stronę dworu wskazując.
Młody Żarski nie zaraz odpowiedział.
— Proszę ojca — rzekł po namyśle — ja nie