Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A gdyby ubrać się doskonale, otulić w futro. Cóż mi może powietrze zaszkodzić, taki pogodny, piękny dzień, a zresztą ja nie mam zamiaru daleko wyjeżdżać.
— A dokąd?
— W sąsiedztwo, kilka wiorst zaledwie.
— Nie sposób.
— Tylko do Białowód, mój doktorze!
— Odłóż pan tę wycieczkę na kiedyindziej.
— Niestety, wy doktorzy jesteście wszechwładni wobec swoich pacyentów. Zanim dacie paszport na tamten świat, pierwiej wytrzymacie biedaka w niewoli.
— Mój braciszku — odezwała się Julcia — nie mów tak. O Białowody ci idzie. Pan Mirkowicz wie, żeś chory i nie wymaga, żebyś go rewizytował. Nawet odjeżdżając ztąd, był tyle uprzejmy, że mi przyrzekł odwiedzić cię znowuż w tym tygodniu, przyjedzie niezawodnie i z Wandzią.
Wiktorowi oczy błysnęły.
Julcia wyszła, a Żarski zabrał się do badania chorego; badał go długo, troskliwie, ze starannością młodego lekarza, nie zobojętniałego jeszcze na ludzkie cierpienia, z troskliwością brata.
Tak dużo zależało mu na tym pacyencie!
— No, panie Wiktorze — rzekł dobrej myśli i cierpliwości — będziemy jeszcze chodzić i wyjeżdżać, nie tylko do Białowód, lecz i dalej nawet. Co byś pan powiedział naprzykład, gdybym panu zaproponował wyjazd na południe, nie koniecznie dla kuracyi, ale oto tak, dla rozrywki, dla przyjemności własnej.