Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


koniach, to zawdy co nieco o swoich państwu wie. Tedy i Michał, z Zagórówki niby stangret, gadał do mnie wczoraj, że pewnie będą częściej przyjeżdżali do nas; nawet prosił mnie, żebym do jego koni przegrodę w stajni wyszykował, bo z naszemi bestye tak się wierzgają i gryzą, że sposobu nie ma.
— Po cóż by mieli tak często bywać?
Mateusz uśmiechnął się.
— Ha! wiadomo po co. U nas we dworze „panna Julija jak lelija“, a pan Marcinkowski, niby ojciec, chciałby swego syna ustatkować, boć to już i czas, latka idą, a paniczowi wąsik się wysypał, jak na urząd.
Młody Żarski zamyślił się, gadatliwy Mateusz zaś perorował dalej.
— Swoja to rzecz, wielmożny panie konsyliarzu, i nie dziwota, żeby się pan Jadam z naszą panienką ożenił. Kawaier jak świeca, bogatego rodu, chleba będzie miał po uszy. Gadają ludzie, że teraz niby to krzynkę sobie hula i lubi pobaraszkować, ale jak się ożeni, to się odmieni.
— Nie ożeni się — szepnął Żarski półgłosem...
Mateusz nie posłyszał tych słów i cmoknął na konie, które też bardziej jeszcze przyspieszyły biegu.
Kalinówka leżała tuż za lasem. Wyjechawszy z pomiędzy drzew, skręcało się zaraz na most, zkąd już ledwie pół wiorsty drogi było do dworu.
Mateusz osadził konie przed gankiem, doktór do dworu wszedł. W pierwszym pokoju przywitała go Julcia.
— Panie doktorze — rzekła — panie Janie, prze-