Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolanach trzymając. Pan Kaliciński to u nas gość częsty, mało nie dwa razy na tydzień jest, to go i nie ma co rachować, ale byli jeszcze dwa panowie, pierwszy raz dopiero w Kalinówce.
— Któż to?
— Pan Marcinkowski z Zagórowa, z synem, niby z panem Jadamem. Ociec jak ociec, stateczny szlachcic; ale pan Jadam to przyścipny kawaler, za końmi oby w ogień poszedł. Wczoraj zajechali parą wilczatych mierzynów, grubopłaskich, z takiemi karkami jak u byków, a na krzyżach toby się chłop mógł przespać. Okrutne koniska, proszę wielmożnego konsyliarza, po jakie trzysta rubli warte, jak to mówią, brat bratu. Półszorki na nich węgierskie, nowiusieńkie, sanie jak cacko. Stangret stał sobie z tyłu, a pan Jadam wiózł. Jak osadził przed gankiem, to aż wilczaki na zadnich nogach stanęły. Już takiego sprawnego kawalera do koni to w okolicy szukać.
Wiktor zamyślił się.
— Słuchajno Mateuszu — rzekł po chwili milczenia — powiadasz więc, że dawniej ci panowie nie bywali w Kalinówce.
— Niby z Zagórowa?
— No tak.
— Nie, wielmożny konsyliarzu, nie bywali dawniej, ale mnie się coś widzi, że oni nie przyjeżdżali wczoraj po próżności.
— No, jakto?
— Ha, wielmożnemu panu wiadomo, że jak człowiek je w obowiązku, a jeszcze, na to mówiący, przy