Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Powiedz mi, mój Mateuszu — spytał Żarski — czy pan leży? czy widziałeś go?
— Widziałem, wielmożny konsylarzu, bo mnie panienka do pokoju kazała zawołać. Ubrany jest pan, siedzi w krześle przed ogniem, bo się akuratnie buzuje na kominku, nogi ma okręcone w derkę i dygocze jak w najsiarczystszy mróz. Ja jak wszedłem, skłoniłem się, a panienka, niby panna Julia, sama mnie pogłaskała pod brodę i powiada: mój Mateusie kochany, jedź do pana doktora, aby jeno duchem, powiedz, że ja bardzo proszę. Ze trzy razy powiedziała, że bardzo pana prosi i wódki mi dała kielich i chleba taki gleń, żem w kieszeń nie mógł zmieścić. Ja też zara duchem zaprzągłem kare konie; a droga dobra, jak dawno już takiej nie bywało, to też koniska leciały jak ptaki, aż mi ręce omdlały od lejców. Teraz wytchną troszkę i możemy jechać.
Żarski pospiesznie wybrał się do drogi i w pół godziny później, otulony w futro, jechał do Kalinówki.
Po wybornej drodze, rosłe kare konie biegły wyciągniętym kłusem, parskając i buchając z nozdrzy kłębami pary, która osiadała im na szyjach, piersiach i grzywach i wnet ścinała się w drobne lodowe kryształki. Takież same kryształki osiadały na sumiastych wąsach Mateusza i na futrzanym kołnierzu Żarskiego?
W lesie, przez który szła droga do Kalinówki, drzewa pokryte szronem, wyglądały jakby odświętnie. Wielkie świerki i sosny dźwigały na gałęziach śnieg przymarzły i szron, stare dęby, o fantastycznie pokrzywionych gałęziach, pokryły się białą sukienką, takąż