Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyćwiczywszy się dokładnie w-strzelaniu i w szermierce, Kaliciński nie wątpił, że gdy chwila stanowcza nadejdzie, potrafi posiekać swego rywala, nie na kotlety nawet, lecz na klops.
Żarski nie domyślał się nawet jak straszne czekają go przejścia. Słyszał wprawdzie o rycerskich ćwiczeniach Kalicińskiego, lecz uważał je, jeżeli nie za dziwactwo, to za zabawkę, ot tak sobie, dla przepędzenia czasu.
Był piękny dzień zimowy, ziemia pokryta białą szatą śniegu, na niebie świeciło słońce; właśnie przed chwilą młody lekarz powrócił od chorych i zasiadł do śniadania, gdy na ulicy rozległ się głośny brzęk dzwonków i po chwili wygodne sanie, zaprzężone w parę dzielnych koni zatrzymały się przed domem.
— Któż tam znowu chory u was? — zapytał wchodzącego stangreta.
— A wielmożny konsylarzu — rzekł, kłaniając się dworus — wszystkie, Bogu dzięki, są zdrowe, tylko dziedzic jakoś niedomaga. Zawdy on tak chodzi jak nie swój, ten nasz dziedzic...
— Czy pogorszyło się panu?
— Co się ta miało pogorszyć? Kiepski on był, kiepski jest, i na mój głupi rozum, nie w złą godzinę powiedziawszy, jakoś na księżą oborę patrzy.
— Dajżeż pokój Mateuszu, wyzdrowieje wasz dziedzic, wyzdrowieje.
— Ha! dałby to Bóg miłosierny — rzekł, wzdychając chłop.