Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak, tak, panie łaskawy, wszystkim szkoda, ale mnie to się serce krwawi, boć to tyle lat, tyle lat pracowało się na spokój, na przyjaźń ludzką, na życzliwość, a tu naraz trzask! jak z bicza strzelił i wszystko dyabli wzięli. Niech Bóg broni; jak to dłużej potrwa, to człowiek życia swego pewny nie będzie,
Nie dokończył, gdyż pomiędzy budynki wjechał w wielkim pędzie, na swojej dwukołowej biedce Jojna Imbryk.
— Aj waj! aj waj! — wołał, zeskakując na ziemię — takie nieszczęście; taka stodoła, taki kosztowny budynek. Niech moje oczy takiego interesu nie widzą...
— Cóż robić — rzekł z westchnieniem Żarski — wypadek.
Jojna z grymasem przymrużył jedno oko.
— Wypadek? — powtórzył powoli, akcentując każdą sylabę — to jest wypadek?! Niech dyabli wezmą taki wypadek.
— Zkąd się pan tu wziąłeś, panie Jojna? — zapytał Mirkowicz,
— Proszę wielmożnego pana — odrzekł żyd — ja sobie wracam z jarmarku. Chwalić Boga, jarmark dobry był, ja załatwiłem swoje interesa i jechałem do domu już mrokiem. Ja sobie trochę bałem, bo jadę nie bez grosza, a tera różne łobuzy lubią kogo w drodze zaczepić. To ja popędzałem moję kobyłę, aby prędzej za las, na polu to człowiek trochę bezpieczniejszy jest. Wyjechałem za las z wielkim impetem, ale moja szkapa całkiem ustała, ja potrzebowałem ją popaść, akuratnie przyjechałem do Zagórowa, do karczmy. Dałem