Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przecież ja tego nie powiedziałam...
— Ale sympatyzujesz z jego przekonaniami, z jego, jak nazywasz walką; widzisz w nim dobroć, szlachetność, najpiękniejsze zalety charakteru...
— Widzę, gdyż on je posiada, mój ojcze.
— O ile uważam — ciągnął dalej Mirkowicz — i on jest tobą również zajęty. Z czasem obustronne uczucie się wzmoże, wzmocni i zapragniecie oboje połączyć wasze losy na zawsze. Przypuszczam, że się tak stanie.
— Ależ o tem mowy pomiędzy nami nie było.
— Moje dziecko, to tylko kwestya czasu. Ja nie należę do ojców, którzy narzucają dzieciom wolę swoją bezwzględnie; uznaję, że w wielu razach młodym należy się swoboda; jeżeli więc zechcesz zostać jego żoną, krępować twej woli nie będę, postąpisz jak zechcesz, ale czy ja człowiek stary, a więc blizki, może bardzo już blizki grobu...
— Ah ojcze!
— Nie przerywaj, proszę; otóż pytam, czy ja, jako ojciec, będę mógł być spokojny o twoją przyszłość w związku z Wiktorem? Czy umierając będę miał pewność, że zostawiam cię pod opieką człowieka, któremu z całą ufnością mogę powierzyć twoje losy?
— Czy ojciec wątpi o jego prawości i charakterze?
— Nie, ale jakież są praktyczne rezultaty jego działalności? Czy chociaż w drobnej cząstce osiągnął to, czego pragnął? Czy bodaj na jeden krok zbliżył się do celu? Powiedz, Wandziu kochana, wskaż mi