Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Widzę, proszę ojca, i do sympatyi jaką mam dla niego dołączam szczere współczucie.
— Nie rozumiem; jak to współczucie?
— Współczucie dla bojownika idei. On biedak walczy, walczy nieustannie z przeciwnościami, z otoczeniem swojem, wreszcie z ludźmi, w których tak bardzo wierzy, a którzy nie zawsze są godni tej wiary. W walce, którą toczy dotychczas nie odniósł zwycięztwa...
— I nie odniesie go zapewne...
— Być może nawet, że sam zwyciężony zostanie, że upadnie bezsilny i złamany, a wtenczas...
— Wtenczas, drogie dziecko, ludzie go wyśmieją.
— A ja... pokocham! — rzekła z mocą.
Mirkowicz wstał, przeszedł się kilkakrotnie po bibliotece, potarł czoło ręką, wreszcie po dłuższej chwili milczenia, odezwał się do córki:
— Moja droga Wandziu, rozmowa nasza dzisiejsza dotyka ważnego przedmiotu, nie chciałbym żebyśmy ją przerwali, nieskończywszy. Wyspowiadałaś się przedemną szczerze, serdecznie, jak dziecko przed ojcem; jak młoda, dopiero żyć zaczynająca dziewczyna przed doświadczonym, a najżyczliwszym doradcą. Wysłuchałem cię, wysłuchaj ty mnie teraz, a nie dziw się, jeżeli w naszych poglądach znajdzie się jaka różnica. Ty młodemi oczami patrzysz na świat, ja staremi. Usiądź że przy mnie i posłuchaj. Z tego wszystkiego coś mi powiedziała, widzę jasno, że ty go kochasz...