Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w siebie tylko wierzą, siebie uwielbiają, do siebie modlą się niemal.
— Czy nie zadaleko idziesz, Wandziu? — wtrącił ojciec z uśmiechem — nie zapominaj, że wśród wielkich poetów i myślicieli, tak potępionych przez ciebie, pessymistów jest dużo.
— Prawda, ojczulku, prawda, ale jam nie filozof, ani poeta; jestem prosta dziewczyna i sądzę sercem tylko, sądzę po swojemu. Poeta maluje czarnemi barwami cały świat, pogardza nim — dla czego? Bo doznał zawodu w miłości; filozof mówi o marności życia, bo utracił wiarę w życie lepsze, a tu widzi przed sobą śmierć, a po za nią nicość... i pod tą mądrą, naukową sukienką pessymizmu jest także egoistyczna podszewka! Tak, tak, ojczulku i dla tego cała moja sympatya jest po stronie Wiktora. On kocha ludzi, kocha swoje społeczeństwo, a najmniej myśli o sobie i najmniej dla siebie wymaga. Wierzy w dobroć, wierzy w szlachetność drugich, bo sam szlachetny jest i dobry; bo sądzi, że te uczucia, które żywi w swej duszy, są wszystkim ludziom wrodzone. On nie spodziewa się, że dozna krzywdy od innych, gdyż samby nie potrafił nikomu krzywdy wyrządzić; on sądzi, że zdobędzie miłość współbraci, gdyż sam żywi dla nich w duszy tę miłość. Jakże nie mieć dla takiego sympatyi?
— Dzielnie go bronisz, moja Wandziu, ale przedstawiasz sprawę jednostronnie; sama widzisz, jakie są rezultaty jego czynów.