Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na mrzonkach nie popełnił już całego szeregu czynów, nie wytrzymujących nawet najpobłażliwszej krytyki.
— To prawda...
— Tak, przyznajesz, że prawda, a jednak przed chwilą zadawałaś mi pytanie...
— Na które nie otrzymałam odpowiedzi wprost.
— Czy żądasz jej? Czy może już ci jest ona potrzebna?
— O nie! nie jest mi potrzebna w tem znaczeniu, jak ojczulek rozumie; ale pragnęłam poznać zdanie ojca, na wypadek, gdyby...
— Dokończ...
— Gdybym ja pokochała tego marzyciela! — zawołała Wanda i objąwszy ojca za szyję, utuliła głowę na jego piersi szerokiej.
— Biedne dziecko — rzekł smutnie — z tego zapytania widzę, że ty go już kochasz...
— Czy kocham? nie wiem, ale im bliżej poznaję tego marzyciela, tem więcej mam dla niego współczucia. Jego idealna wiara w ludzi, w ich dobroć, prawość, szlachetność, ma w sobie coś dziwnie pociągającego. Tylko w szlachetnej duszy mogą powstać takie ideały...
— I takie złudzenia, dodaj.
— Być może; ale to są złudzenia piękne, podniosłe. Pessymizm, niewiara, zwątpienie, to ojczulku są dzieci egoizmu; powstają one w sercach i umysłach tych ludzi, którzy w sobie samych widzą cały świat,