Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


starożytna budowla, pokryty był bujną roślinnością. Od strony wody rosły wierzby płaczące, a bliżej ku dworowi lipy, klony i graby.
Leszczynowy szpaler, zacieniony latem i chłodny jak klasztorny korytarz, ciągnął się od samego prawie dworu do altany, w dziwacznym chińskim stylu, ale już znacznie później, aniżeli sam zameczek zbudowanej.
Przy samym końcu cypla, gdzie grunt klinem w wodę się wrzynał, były wygodne schodki, a tuż przy nich kołysały się dwie łodzie, poczerniałe, nie używane już dawno.
Ogród utrzymany był bez wielkiej elegancyi, lecz czysto, główne uliczki wygracowane, a nawet przed oknami rozciągał się kobierzec kwiatowy z ogromną literą W na środku, ułożoną z nieśmiertelników. Ogrodnik wypracował to W na cześć panny Wandy, córki właściciela Białowód.
Po drugiej stronie drogi wiodącej do dworu znajdował się folwark, otoczony murem, utrzymany czyściutko, z masywnemi budowlami, z dziedzińcem wybrukowanym porządnie.
Wewnętrzne urządzenie dworu odznaczało się prostotą i bezpretensyonalnością. Nie było tam świecideł, ani cacek kosztownych; meble skromne, wygodne, wszędzie czysto i jasno.
W baszcie narożnej znajdowała się biblioteka; do okoła ścian stały szafy z książkami, na środku ogromny stół dębowy z przyborami do pisania, a przy nim