Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Trzebaby z mamą pomówić.
— Słusznie, bardzo słusznie, trzeba pomówić z mamą; niechże państwo pomówią, a ja w niedzielę koło południa wstąpię do państwa i dowiem się o rezultacie. Wszak zastanę państwa?
— Owszem, będziemy.
— Doskonale więc. Przyjdę punktualnie o godzinie dwunastej, a teraz nie zatrzymuję, pani radczyni oczekuje państwa zapewne. Moje uszanowanie, do nóżek upadam!
Czesław ze Stasią wbiegli szybko na górę i opowiedzieli matce scenę z gospodarzem.
— Ależ brać, brać, bez żadnego namysłu — rzekła radczyni. Sami widzicie, że jest nam tutaj ciasno. Czesław cierpi największą niewygodę.
— O to, moja mamo, najmniejsza.
— A jak się gość trafi, to nie ma go gdzie przyjąć. — Zkąd u nas goście? kochana mateczko, od chwili śmierci ojca nikt do nas nie zajrzał.
— Otóż mylicie się, bo dziś miałam wizytę. Właśnie podczas nieobecności waszej, była pani Ewelina z córeczką.
— Ona?!
— A tak. Cóż cię to dziwi? Przyjechała karetą, przysłała służącego dowiedzieć się czy jestem i potem przyszła tu do mnie na górę. Dopytywała się bardzo serdecznie o moje zdrowie, o was, a szczegól-