Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ah! dobry wieczór — zawołał — co za szezególne zdarzenie! Właśnie chciałem wstąpić do państwa, ale nie wiedziałem czy państwo jesteście w domu i czy moje wejście nie zrobi subiekcyi pani radczyni, która jak słyszę jest cierpiąca.
— Zdaje się — rzekła Stasia — że do pierwszego mamy jeszcze dwa dni.
— Mówi pani jak kalendarz, akurat dwa dni. Sądzicie państwo naturalnie, że przychodzę upominać się o komorne.
— Takby się zdawało — rzekł Czesław.
— Istotnie, czegóż by mógł chcieć od lokatora właściciel domu, kamienicznik! Po co by przychodził? a jednak niekiedy kamiecznicy miewają i inne interesa do lokatorów. Zdarza się naprzykład, że radziby wiedzieć czy piece nie dymią, czy okna dobrze pasują i czy wogóle nie potrzeba jakiej reparacyi w lokalu.
— O, dziękujemy stokrotnie, mieszkanko nasze jest prześliczne i zupełnie dobre.
— Nie o to idzie, proszę pani, ja wiem, że kto nie jest bardzo wymagający, temu wszystko się dobrem wydaje.
— Więc o reparacyę chciał pan zapytać?
— Nie, pani, o co innego. Wszak mama pani jest chora?
— Tak, niestety.
— Chodzić po schodach jej trudno?
— Rzeczywiście.
— Świeższe powietrze jest dla niej pożądane, jak zwykle dla osoby chorej, nieprawdaż?