Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem też nic takiego czegobym się wstydzić potrzebował, że zaś ręka mnie świerzbi, i że pragnąłbym dać mu porządną nauczkę, to nic dziwnego; każda podłość oburza mnie, a uczuć moich ukrywać nie umiem.
— Ty go nigdy nie lubiłeś — szepnęła Stasia, — nie lubiłeś go i wtedy jeszcze, za życia ojca, gdy bywał u nas, a kiedy się o moją rękę oświadczył i przyjęty został, nie umiałeś ukryć swego niezadowolenia. Pamiętam to bardzo dobrze, jak dziś. Wszyscy winszowali mi, ty jeden tylko milczałeś, a kiedym się zapytała dla czego, odrzekłeś, że nie masz najmniejszego powodu do radości. Chyba nie potrzebuję opowiadać, jak mi to było przykro.
— Nie lubiłem go nigdy, masz słuszność. Od pierwszego spotkania uczułem dla niego szczególną niechęć.
— Czy miałeś do tego powody?
— Nie i to mnie najbardziej gniewało. Nieraz wyrzucałem sobie nawet, dlaczego żywię nienawiść dla człowieka, którego właściwie mówiąc, nie znam prawie. Rozsądek walczył we mnie z jakiemś nieokreślonem, nieujętem przeczuciem i zwycięztwo pozostało po stronie przeczucia. Niedługi też czas przekonał, że po stronie przeczucia była także słuszność.
Stasia westchnęła.
— W chwili — mówił dalej Czesław, — w chwili w której odebrałem ów list pamiętny, chciałem go szukać, wyzwać, bić się z nim! Szumiało mi w głowie, myśli zebrać nie mogłem. Gdyby wówczas był stanął na mojej drodze, nie wiem coby się stało... Wyszedłem