Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Od kapelusza długi welon czarny spływał po jej ramionach.
— Właśnie w tej chwili przyszedłem — rzekł Czesław, podając rękę siostrze i osłaniając ją parasolem od deszczu...
— Wiedziałam że przyjdziesz i sama nie wiem jak ci mam dziękować... Tego jeszcze tylko brakowało, abyś przy twoich zajęciach, musiał tracić czas na odprowadzanie mnie do domu... ale cóż zrobię? cóż zrobię? powiedz sam mój drogi. Na dorożkę mnie nie stać. Nie zarabiam jeszcze nic, a porzucać pracy rozpoczętej nie sposób.
— Nie dziękuj moja Stasiu. Do mnie należy opiekować się tobą, bądź spokojna, codzień przyjdę po ciebie.
— Dotychczas wracałam i zawsze jakoś szczęśliwie... szłam szybko do samego domu, czasem dla pośpiechu w omnibus siadłam, ale od wczorajszego spotkania...
— Biedna! drżysz na samo wspomnienie...
— Wierz mi, że z oburzenia tylko...
— Bezczelny!... już ja z nim zrobię obrachunek, żebym go tylko spotkał...
— Ah, daj pokój, proszę cię na wszystko...
— Bronisz go?
— Nie, ale mojem zdaniem, najlepiej unikać. Mściłby się, szkodziłby ci, a wiesz, że ma stosunki i jak zechce może dużo złego zrobić.
— On mnie?! Cóż on mi zrobić może?! Ja się jego stosunków ani wpływów nie lękam; nie popełni-